Epitafium dla Lekaża Leonida Gawryłowa

Moderator: Ateison

Awatar użytkownika
Ateison
Posty: 153
Rejestracja: wt lut 03, 2009 6:52 pm
Kontaktowanie:

Epitafium dla Lekaża Leonida Gawryłowa

Postautor: Ateison » pn lut 13, 2012 8:08 pm

Reportaż śladami Leonida Gawryłowa tajemniczego krasnostawskiego felczera. Gawryłow wiele razy przywracał do zdrowia osoby, którym ostatnią nadzieję odebrali dyplomowani lekarze. Schorzenia diagnozował z dłoni i źrenicy oka, na podstawie takiego badania potrafił podać dokładny stan pacjenta oraz ścieżkę powrotu do zdrowia...

Aromat choinki szczelnie wypełniał pokój. Córka gospodarza, która przed chwilą otworzyła mi drzwi, właśnie zakończyła ją przystrajać. Kwadrans później pojawił się ojciec. Właśnie wrócił z przedświątecznych rekolekcji. O zimnym wieczorze za oknem pozwalał zapomnieć żar palącego się w kominku drwa. Byłem gościem Andrzeja Davida Misiury. To działający społecznie artysta, autor sześćdziesięciostronicowej książki ”Gdy mistrz odchodzi – wspomnienia o Leonidzie Gawryłowie” - wydawanej w 1983 i 1985 roku w skromnym nakładzie trzystu egzemplarzy.

Usiedliśmy. Kryształowe kielichy ożywiło czerwone wino. Wieczór był późny. Życie człowieka wyjątkowego otwierało się przede mną z każdym słowem. Leonid Gawryłow, dla jednych cudowny lekarz, człowiek wybitnie dobry, altruista, dla drugich znachor i dziwak. Dla wszystkich osobowość niespotykana, wymagająca przede wszystkim od siebie, dopiero potem od innych.

Jego przygoda z medycyną zaczyna się w dniu otrzymania straszliwej diagnozy dotyczącej jego stanu zdrowia. Choroba, miała pozbawić go życia w ciągu kilku najbliższych miesięcy. Ponieważ dostępne środki nie rokowały nadziei, Gawryłow postanowił leczyć się sam, medycyną niekonwencjonalną. Ziołolecznictwo, które dotychczas było jednym z jego zainteresowań uratowało mu życie. Terapię przeprowadził sam. Po kilku miesiącach w wyśmienitym zdrowiu odwiedził lekarza, który tylko potwierdził u niego brak jakichkolwiek schorzeń. Skoro potrafił wyleczyć siebie, zaczął też leczyć innych.

Jego sposoby leczenia były wykpiwane w środowisku lekarskim, mimo swojej skuteczności. Gawryłow wiele razy przywracał do zdrowia osoby, którym ostatnią nadzieję odebrali dyplomowani lekarze. Schorzenia diagnozował z dłoni i źrenicy oka, na podstawie takiego badania potrafił podać dokładny stan pacjenta oraz ścieżkę powrotu do zdrowia. Zajmował się także kręgarstwem, czyli leczeniem chorób, polegającym na masażu kręgosłupa oraz mięśni pleców i nastawianiu kręgów.

Z czasem sława Gawryłowa rosła i pacjenci przybywali nawet z najdalszych części województwa, a nawet kraju. Przyjmował ich w swoim domu, przed którym od rana do późnego wieczora czekali chorzy z nadzieją uzdrowienia. Dziennie potrafił przyjąć do sześćdziesięciu pacjentów, od których nie pobierał opłaty. Jeżeli ktoś zostawił pieniądze, przeważnie przeznaczał je dla bardziej potrzebujących. Pocztowymi przekazami, których rozsyłał mnóstwo, wspierał organizacje charytatywne, biedotę oraz fundował stypendia dla ubogich studentów. Spał tylko kilka godzin dziennie, bo zawsze musiał znaleźć czas na pracę nad sobą. Fascynacja wiedzą tajemną i kulturą Tybetu zaowocowały codzienną medytacją i praktyką jogi, która pozwalała mu zachować równowagę duchową i utrzymywała ciało w wysokiej sprawności fizycznej.


Doktor był przykładem ogromnej dobroci, miał niezwykły dar wypływania na ludzki los. Potrafił rozmową zmieniać postępowanie ludzi, którzy pod wpływem jego pozytywnej energii stawali się lepsi. Ta postać szerokich horyzontów, tajemnicza, niechętnie mówiąca o sobie powoli stawała się mitem. Wyjątkowy charakter potwierdzają słowa, które wypowiedział: „najważniejszy jest drugi człowiek”, świadczące o jego nieskazitelnej wręcz osobowości wspomagającej potrzebujących i cierpiących. Nigdy nie zostawiał nikogo w potrzebie. Jeśli mógł mu pomóc – pomagał, czy to materialnie, czy jako lekarz, czy dobrym słowem - zawsze z dobrocią i współczuciem.

Żył skromnie. Małe mieszkanie przy ulicy Mokrej w Krasnymstawie, gdzie mieszkał na poddaszu u państwa Bednawskich, czy ciasne i skromne mieszkanie przy ulicy Okrzei 30 - musiało wystarczyć tylko do przeżycia. Jego życie było misją, mającą na celu jedno – pomoc. Gdyby przyjmował pieniądze, byłby jednym z najbogatszych ludzi w mieście i okolicy. Jednak jego nie interesowały rzeczy przyziemne, ziemskie dobra czy luksusy. Zapłatą i nagrodą za pracę była radość z odzyskanego zdrowia, zaufanie pacjentów, a przede wszystkim możliwość przelewania w nich pierwiastka dobroci.

Rozmowa dobiegła końca blisko północy. Mój rozmówca zapewnił mnie o swoim dalszym zainteresowaniu postacią Gawryłowa, które być może w przyszłości zaowocuje szerszą publikacją książkową. Rozmowa była swoistym wejściem, na ścieżkę bliskiego poznania nieżyjącego już, przecież człowieka. Aby poznać kolejne fakty, ruszyłem dalej...

Na porodówce, kilka świeżo upieczonych matek chodziło korytarzem, nosząc swoje pociechy w ramionach. Ordynator dr Leszek Janeczek obiecał, że znajdzie dla mnie chwilę, jednak wcześniej musi odebrać poród. Po kwadransie krzyki z końca korytarza umilkły, pojawiło się nowe życie. Doktor zaprosił mnie do swojego
szpitalnego gabinetu. Znowu notowałem fakty dotyczące przeszłości i życia Gawryłowa.

Felczer z Krasnegostawu urodził się w 1901 roku w Petersburgu, w Rosji w rodzinie szlacheckiej. Ojciec posiadał zdolności artystyczne, zajmował się malarstwem. Jego obrazy wisiały podobno w wielu domach ówczesnej rosyjskiej szlachty. Tragedia i wielka przygoda Gawryłowa z Polską zaczęła się wraz z wybuchem rewolucji w 1917 roku, kiedy jego rodzina została wymordowana, a on sam został siłą wcielony do bolszewickiej armii, gdzie pełnił funkcję sanitariusza. Być może już wtedy posiadał leczniczą wiedzę. Bolszewicka armia dotarła pod Zamość. Gawryłow został ranny i pozostał w miejskim szpitalu, gdzie początkowo nie chciano się nim zajmować ze względu na rosyjskie pochodzenie i przynależność do bolszewików.

Po dojściu do zdrowia, postanowił zostać w Polsce. O wyborze Krasnegostawu jako miejsca zamieszkania zadecydował herb. Składa się on z dwóch równolegle i przeciwstawnie płynących ryb. Głęboka wiara w astrologię i horoskopy, którymi się interesował, pomogły w wyborze, ponieważ wywodził się spod zodiakalnego znaku Ryb. Pracował w Starostwie Powiatowym, gdzie był architektem i budowlańcem, kilka budynków jego projektu stoi do dziś w Krasnymstawie. Mówiąc o tym doktor wstaje i podchodzi do okna, ręką wskazuje budynek projektu Gawryłowa, widziany z jego gabinetu.

Po chorobie gruźliczej, z której sam się wyleczył, jego osoba stała się rozpoznawalna, a przed domem pojawiało się coraz więcej chorych szukających cudownego uzdrowienia. Zajmował się też wiedzą tajemną, w skład której wchodzi wiele gałęzi nauk od astrologii, dzięki której układał horoskopy, przez zielarstwo, irydologię, aż po hinduską filozofię i jogę. Ten zlepek zainteresowań czynił go człowiekem wręcz renesansowym i wybitnym w swoim otoczeniu. Swoją nieskazitelną postawą zainteresował podobno żyjących w pobliżu zakonników, którzy starali się przekonać go do życia w ich zgromadzeniu. Gawryłow odmówił jednak, mówiąc, że swoją karmę musi przeżyć w Krasnymstawie, mieście, które jest mu przeznaczone.

Nastaje chwila milczenia, zadaję kolejne pytanie. Tym razem o czas II wojny światowej. Doktor Janeczek w skupieniu koncentruje myśli i zaczyna: Leonid Gawryłow także podczas wojny wykazywał się dobrem. Niejednokrotnie, ryzykując życie podczas pomocy rannym, a także ukrytym w pobliskim lesie partyzantom, czy zwykłym, chorym ludziom, czy po prostu biednym i głodnym. Cieszył się ogromnym poważaniem i szacunkiem także ze względu na skromność. Przykładem może być rower. Środek lokomocji, którym przez całe życie posługiwał się medyk. Wiąże się z nim zabawna historia. W czasie wojny Gawryłow na rowerze udał się do lasu, by pomóc partyzantom. W lesie rower znikł, prawdopodobnie któryś z żołnierzy go „pożyczył”. Ale gdy tylko, dowiedział się do kogo należy, zwrócił go następnego dnia.

Gawryłow posiadał także nadprzyrodzony dar jasnowidzenia. Potrafił przewidzieć śmierć chorego z dużą dokładnością. Podczas wizyty umiał powtórzyć słowa pacjenta, który w przeszłości źle o nim powiedział, lub nie dowierzał jego leczniczym metodom. Pewnego razu, spytany o los zagubionej osoby, wskazał dokładnie miejsce, w którym potem odnaleziono martwe ciało. Do innych niezwykłych zdolności felczera trzeba zaliczyć umiejętność odnajdywania podziemnych źródeł i prądów wodnych, za pomocą wahadełka, które służyło mu, także do odgadywania płci dziecka u kobiet ciężarnych. Metoda, była dość skuteczna i na owe czasy jedyna, ponieważ medycyna nie znała jeszcze USG, które wynaleziono dopiero w latach 70. XX wieku.

Jeszcze tego samego dnia, znalazłem się na dawnej ulicy Mokrej w Krasnymstawie. To, właściwie bardziej uliczka, ponieważ są przy niej zaledwie trzy nowo zbudowane domy. Pytam o Gawryłowa, patrona ulicy, jednak mieszkańcy są zbyt młodzi – nie wiedzą. Wygląda na to, że się spóźniłem; ludzie, którzy mogliby pamiętać zmarłego przed 25 laty człowieka – już odeszli. Licząc na więcej szczęścia, trafiam do bloku przy ulicy Okrzei.

Pukam do dawnego sąsiada; pana Boruchalskiego. Długo nie odpowiada. Czekam. Drzwi powoli otwierają się, człowiek za progiem jest bardzo słaby i jak twierdzi, zbyt chory, aby rozmawiać. Ożywia się wprawdzie na dźwięk nazwiska Gawryłowa, jednak odmawia rozmowy.

Nie rezygnuję i dzwonię do pani Kozioł. Starsza kobieta wygląda zza drzwi, przymocowanych dla bezpieczeństwa, dodatkowym łańcuszkiem. Gdy przedstawiam, w jakiej sprawie przychodzę, starsza kobieta uchyla szerzej drzwi. Uśmiecha się i mówi: on był święty, dzisiaj już takich ludzi nie ma. Opowiada z przejęciem, że był niesłychanie dobrym człowiekiem, lekarzem. Pomagającym zawsze i wszędzie tam, gdzie działa się jakaś krzywda i pojawiało się cierpienie. To był dobry człowiek – kończy – i tylko tyle mogę powiedzieć.

Wychodząc z dusznego bloku, przysiadam na ławce. Kolejna ścieżka, prowadzi do dr Scholastyki Trochim – polecanej przez dr Janeczka. W notatniku odnajduję numer… Umawiam się na siedemnastą.

Na ostatnie piętro, prowadzą schody w niebezpiecznie niskiej klatce schodowej. Przed mieszkaniem nr 18 rozmawiają dwie kobiety. Drobna, uśmiechnięta, pełna życia, o śnieżnobiałych włosach to właśnie doktor Trochim. Zaprasza mnie do środka ciepłym: „chodź dziecko”. Zamyka drzwi, odwiesza moją kurtkę i zaparza herbatę.

W mieszkaniu panuje chłód. Doktor tłumaczy to swoim znakiem zodiaku. Jest wodnikiem i lubi chłód. Herbata na szczęście spełnia swoje zadanie. Pytam o Jadwigę, żonę Leonida. Połączył ich przypadek, ale wielka miłość zawsze rządzi się przypadkami. Felczer z Krasnegostawu pomagał ubogim studentom, finansując stypendia i utrzymanie pozwalające na edukację uniwersytecką. Jedną z takich studentek była Jadwiga, której wojna przyniosła wiele traumatycznych przeżyć. Straciła brata, który walczył jako żołnierz. Ona wraz z rodzicami została aresztowana i trafiła do obozu koncentracyjnego. Tam ich wspólne ścieżki się urywają. Jadwiga szczęśliwie przeżywa okropny czas obozu. Po wojnie kończy liceum w Kielcach, by następnie kontynuować naukę na studiach medycznych w Warszawie. Stypendium pozwalające na edukację otrzymywała właśnie od Gawryłowa, który nieświadomie wspomagał swoją przyszłą miłość.


Na ostatnim roku studiów, Jadwiga pragnie poznać swojego darczyńcę i odwiedza go w Krasnymstawie. Gawryłow widząc jej słaby stan zdrowia, pomaga jej dojść do dobrej kondycji. Zakochują się w sobie i regularnie pisują listy. W nieco ponad rok, są już małżeństwem, po cywilnym ślubie, ponieważ Leonid był wyznawcą prawosławia. Jadwiga nie nalegała, na jego zmianę.

Po kilku latach postanowiła odszukać swoją rodzinę. Jak się okazało, rodzice wraz z siostrą wiodą spokojne życie za oceanem. W Chicago. Jadwiga wyjechała na kilka miesięcy. Gawryłow, był pewien, że ukochana już nie wróci. Pisał do niej codziennie. Pościł i pracował jeszcze więcej i ciężej. Na szczęście Jadwiga wróciła i jego życie wróciło do normy. Po powrocie żony, obiecał poświęcać jej więcej czasu i mniej pracować. Latem chodzili na ryby, na łąki i do lasu w poszukiwaniu ziół. Podobno pewnego razu, rozumiejąc rozpacz sąsiada, który stracił żonę, pomógł mu w magiczny wręcz sposób. Kazał przynieść sobie pół szklanki wody. Zamieszał w naczyniu palcem. Gdy oddał szklankę sąsiadowi, nakazał by spojrzał w taflę wody, gdy ta się tylko uspokoi. Ten spojrzał i ujrzał oblicze zmarłej żony, za którą tęsknił.

Gdy doktor Trochim poznawała Gawryłowa, był on już powszechnie znany w mieście i środowisku lekarskim. Pracował w ośrodku zdrowia, dodatkowo przyjmował w domu. Leczył wszystkich. Ludzi wybitnych takich jak biskup Pylak, którego wyleczył z choroby nerek, po najwyższych rangą partyjnych sekretarzy. Przede wszystkim, jednak leczył ludzi ubogich, których nie było stać na wizytę u lekarza. Felczer zajmował się, także pisaniem horoskopów i wróżb. Pisał horoskop nawet najważniejszym osobom w państwie między innymi Edwardowi Gierkowi. Jedną z takich wróżb dr Trochim pamięta doskonale. Gawryłow przewidział wypadek jej córki. Wtedy nie uwierzyła w tę, jak się niestety okazało, proroczą wizję. Bowiem kilka lat później, jej córka zginęła w wypadku samochodowym.

Milczymy. Doktor znowu zaczyna opowiadać. Felczer był świetnym psychologiem. Czasami, nie musiał przypisywać żadnych lekarstw czy ziół - wystarczała rozmowa. Trochim żałowała, że może tak mało powiedzieć, o tak wielkim człowieku. Nie ma już wielu ludzi, którzy mogliby o nim mówić. Stara się jednak mi pomóc.

Kwadrans jazdy samochodem i odnajdujemy parterowy dom Joanny Osoby. Wchodzimy do środka. Zostajemy przyjęci bardzo serdecznie. Pyszne ciasta własnego wypieku zapełniają drewniany stół. Gospodyni potwierdza wszystko, czego dowiedziałem się dotychczas. To niesamowity człowiek. Dobro przelane w ludzkie ciało. Lekarz altruista, któremu do życia potrzebna była tylko żona Jadzia i wdzięczność pacjentów – poza tym nic. Osobowa wskazuje jeszcze jedno nazwisko. Przyjaciel Gawryłowa. Janusz Mordziński, mieszkaniec Dąbrowy. Dziękuję za rozmowę i życzę szczęśliwego nowego roku. Pojutrze sylwester.


Samochód odmówił posłuszeństwa. Nowy rok przywitał Krasnystaw mrozem. Trzy telefony i dwa rozładowane akumulatory. Z opresji ratuje mnie kolega ze szkolnej ławki Gabriel Piątkowski. Po 20 minutach jazdy jestem w Dąbrowie. Witają mnie dwie ośnieżone sosny. Przed domem pasieka. Wchodzę do środka. Janusz Mordziński to wysoki, dobrze zbudowany mężczyzna w starszym wieku.

Gospodyni podaje herbatę i ciasto. Mordziński przynosi liczne materiały dotyczące Gawryłowa. Poznali się, gdy z tłumu pacjentów stojących przed domem - wybrał właśnie jego. Gospodarz opowiada o prześladowaniu Gawryłowa ze względu na pochodzenie, a nawet przejawy agresji i pobicia. Zawiść lekarzy sięgnęła zenitu, gdy zmusili go do rezygnacji z pracy w ośrodku zdrowia, ze względu na brak dyplomu uczelni wyższej. Osoby niewinne cierpią i takich przypadkach, nie chcą się bronić i na nich skupia się cudze zło – mówi Mordziński.

Od tamtej pory Gawryłow pracował w szkole, jako sanitariusz i uczył higieny. Po powrocie z Ameryki jego żona, widząc ogromne przepracowanie męża, zakazała mu przyjmować w domu. Gawryłow nie potrafił tego zrozumieć, jednak uszanował wolę swojej ukochanej, którą nazywał: „najwyższą władzą”. Jednak nie porzucił leczenia chorych i po kryjomu przyjmował pacjentów, czy to w biurze u Mordzińskiego, czy w innych miejscach. Pomagał też listownie. Pacjenci opisywali swoje schorzenia, on odpisywał i opisywał sposób leczenia.

Był jego przyjacielem, przez wiele lat. Opowiada jak opiekuje się jego grobem, na którym zawsze jest wieniec i paląca się lampka. Mówi też o tym, że powinno się uczcić pamięć tak wybitnego lekarza. Świetnym pomysłem byłaby tablica, na jego domu, przy ulicy Okrzei. To był wyjątkowy człowiek. Dzisiaj to niespotykane. Żył bardzo skromnie, nie potrzebował za wiele. Wszystkich jednakowo kochał i nawet wrogom darował...

No właśnie kochani urzytkownicy forum.Czy moglibyście z łaski swojej,swoimi kanałami i drogami przekazu/drogą pantoflową.Tu i uwdzie poruszyć ten temat w rozmowach z urzędnikami naszego miasteczka.Warto byłoby ustanowić jakiś widoczny symbol,coś więcej niż tylko nazwę uliczki na której mieszkał.
Zaprasz Was wszystkich to rozmowy.


Źródło http://www.wiadomosci24.pl
Przepraszam za błędy ortograficzne spowodowane moją dysortografią.

Wróć do „KRASNYSTAW - Nasze miasto”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość